Poczekajka to miejsce niezwykłe.

29 Sty, 2020

Poczekajka to miejsce niezwykłe.

Przed nami czerwcowy zjazd Absolwentek Poczekajki – zapraszamy na to spotkanie, ale również dzielimy się wspomnieniami, jakie nadesłała do nas jedna z Absolwentek – Pani Barbara Wilczewska.

Poczekajka to miejsce niezwykłe.

Gościnności i ciepła doświadczyłam od razu, kiedy stryj ksiądz przywiózł mnie tu przed egzaminami wstępnymi na studia. Siostry Urszulanki przyjęły nas bardzo życzliwie i poczęstowały pysznym domowym obiadem. Stryj odjechał, a ja wkrótce znalazłam się w Bloku A wraz z czterema innymi kandydatkami, które chyba za bardzo przejęły się „życiem studenckim”. Na początek przedziwnie udekorowały nasz pokój; na ścianach i na żyrandolu zawiesiły różne korale oraz pudełka po papierosach. Nie pamiętam, czy paliły, ale z pewnością wypijały niesamowite ilości kawy, biesiadując codziennie do godziny drugiej w nocy. Nazajutrz odsypiały i wstawały dopiero około dziesiątej. Bardzo szybko wyłamałam się z tego, uciekając do świetlicy w podziemiach naszego budynku. Wytrwale powtarzałam historię z podręczników, które z sobą przywiozłam. Ku wielkiej radości mojej i rodziców zostałam przyjęta na polonistyczne studia, które miałam rozpocząć od października 1971 r.

Po wakacjach do Lublina pojechał ze mną tata, który pomógł zawieźć rzeczy niezbędne do życia: pościel, ubrania, coś do jedzenia. Doskonale pamiętam swoje pierwsze wejście do dziewięcioosobowego pokoju w Bloku B, gdzie miałam spędzić pięć najbliższych lat. Stało tam pięć parterowych żelaznych łóżek i dwa piętrowe, a także szafa na ubrania i jakiś regał z półkami. W tym samym czasie pojawiła się Stasia I. – studentka teologii. Nieduża, jasnowłosa, niebieskooka blondynka, ubrana w długi granatowo-chabrowy prochowiec, ładnie i przyjaźnie uśmiechała się do mnie i mego taty. Wkrótce zostałyśmy same, bo tatuś pojechał do domu. Stasia pochodziła z diecezji pelplińskiej. Była starsza ode mnie; po maturze przez dwa lata pracowała, by zarobić na studia. Na początek zaproponowała urządzenie pokoju w ten sposób, by wszystkie jego mieszkanki czuły się dobrze i przytulnie (dziewięć osób?!). Obie zajęłyśmy ustronne miejsce za szafą. Stasia nad swoim łóżkiem powiesiła przywieziony z sobą kamionkowy zegar, który służył potem wszystkim dziewczynom. Chyba najwcześniej rano wstawała, bo chętnie budziła każdą z nas; wystarczyło tylko wieczorem napisać na kartce oznaczoną godzinę. Już wtedy, w latach 1971-1972, była zaangażowana w ruch oazowy, powstający z inicjatywy i pod kierunkiem ks. Franciszka Blachnickiego. Opowiadała nam o tym, uczyła oazowych piosenek, informowała o modlitewnych spotkaniach w Krościenku. Pamiętam, jak w grupie na lubelskim przystanku MPK radośnie śpiewałyśmy Kto stworzył fruwające ptaszki, wykonując przy tym odpowiednie zabawne gesty. Tylko Stasia z mego pierwszego pokoju ukończyła teologię, sześć pozostałych koleżanek z tego kierunku przeniosło się na psychologię lub socjologię. Ania G., podobnie jak ja, pozostała wierna polonistyce. Dziewczyny pochodziły z różnych stron Polski i z różnych rodzin, co bardzo ubogacało nasze życie. Na przykład Ela W. miała niezwykle pożyteczną umiejętność zdobywania różnych przydatnych w codziennym życiu przedmiotów. Dzięki niej miałyśmy w pokoju patelnię oraz dodatkową szafę na ubrania i etażerkę. Na piętrowym łóżku spała też Ada M. Kiedyś na tej swojej piętrówce przez całą noc szydełkowała modny kapelusz, zwany „lawstorką” (od tytułu filmu Love story) z seledynowych nici, żeby na drugi dzień pojechać w nim na spotkanie z chłopakiem do Warszawy. Pamiętam również historię, kiedy w akademiku odwiedził mnie mój stryj ksiądz. Było ciepło, Ada wpadła do pokoju w stroju kąpielowym, bo właśnie opalała się w naszym parku Gagarinek. Na widok księdza chwyciła sukienkę, pośpiesznie ją włożyła i przyłączyła się do towarzystwa. W pewnym momencie zorientowała się, że tę sukienkę ma na lewej stronie. Poszła, żeby zmienić i już się nie pokazała. Pamiętam też, jak na początku maja na doroczną studencką pielgrzymkę do Częstochowy pożyczyłam jej zielony golf i granatowe spodnie. Natomiast Ania G. miała zdolności krawieckie. Przed świętami Wielkanocy została w akademiku o dwa dni dłużej, żeby na starej, rozklekotanej maszynie uszyć sobie sukienkę na wesele. Ona też jako pierwsza własnoręcznie (na tej samej maszynie) wykonała najmodniejszą wtedy spódnicę – bananówkę. Wszystkie miałyśmy ten przebój jednego lata, a wzór odrysowałyśmy od koleżanki, która wcześniej zakupiła to cudo w Warszawie.

Bezkonfliktowe i w miarę komfortowe życie dziewięciu dziewcząt w jednym pokoju od każdej z nas wymagało pewnej samodyscypliny. Na pierwszym roku niewiele czasu spędzałyśmy w akademiku, bo miałyśmy dużo zajęć. Podczas przerw przesiadywałyśmy w uczelnianych zakładach lub w bibliotekach. Przeważnie też jadłyśmy obiad w uniwersyteckiej stołówce. Do obiadu w akademiku (wcześniej zgłoszonego) siostry zawsze dodawały pyszny deser; najczęściej kawałek upieczonego przez siebie ciasta. W pokojach jadłyśmy śniadania i kolacje; jeśli wcześniej przyniosłyśmy wyznaczone porcje ze stołówki. Niekiedy trafiały się plasterki salcesonu, zwanego przez nas „salcefiksem”, wtedy moja koleżanka Terenia w drodze z Bloku A do naszego Bloku B swoje oddawała okolicznym kotom. Zjadała tylko chleb posmarowany masłem. Czasami w zestawie dostawałyśmy surowe jajko. Pamiętam, że ze swego robiłam na śniadanie kogel mogel, ubijając żółtko z cukrem na podwórku, żeby nie zbudzić śpiących koleżanek. Do gotowania wody na herbatę używałyśmy tradycyjnej, powszechnej wówczas grzałki, kupionej pewnie na rynku. To elektryczne urządzenie w naszym pokoju zawsze wisiało na etażerce. Leżałam już w łóżku, kiedy z przerażeniem zobaczyłam żywy ogień. Okazało się, że któraś z nas powiesiła obok ścierki włączoną grzałkę, od której szmata się zapaliła. Na szczęście do pożaru nie doszło. Herbatę piłyśmy ze zwykłych musztardówek, które wytwornie nazywałyśmy kryształami. Wszystkie naczynia i produkty kuchenne ustawiałyśmy na etażerce. Codziennie rano chodziłam do Bloku A ze szklaneczką po mleko, do którego wlewałam odrobinę jodu. W ten sposób leczyłam młodzieńcze dolegliwości tarczycy, zgodnie z zaleceniem mojej ówczesnej lekarki.
W akademiku miałyśmy w swoim pokoju kolejno dyżury nie tylko do sprzątania, ale również do prania. Każda z dziewczyn mogła zrobić pranie w określonym przez siebie i koleżanki dniu, żeby wygodnie je potem w pokoju rozmieścić. Najlepszym miejscem do suszenia były górne powierzchnie szaf, na których układało się folię, duże kąpielowe ręczniki, a na koniec mokre uprane rzeczy. Oczywiście, przydzieliłyśmy sobie półki w szafie i miejsce na książki w regale. Dużą część mienia trzymałyśmy w walizkach i torbach pod swoimi łóżkami.

W moim pierwszym dziewięcioosobowym pokoju ustaliłyśmy, że godz. 22.00, czyli początek ciszy nocnej, będzie dla nas sygnałem do rozpoczęcia wieczornej toalety, posłania łóżka, itp. Codziennie o godz. 23.00 ostatecznie gasiłyśmy światło; bez odwołania i jakichkolwiek wyjątków. Naruszenie tej zasady przeszkadzałoby też mieszkankom innych pokoi w całej klatce schodowej, po której wieczorem musiałyśmy schodzić na dół. Pomieszczenia sanitarne w akademiku; umywalki, prysznice i ubikacje znajdowały się bowiem w podziemnej części budynku. Tam miałyśmy również miejsce do prasowania z deską i żelazkiem. Nie przeszkadzało nam schodzenie po wielu stopniach z parteru, z pierwszego czy drugiego piętra, a nawet oczekiwanie w kolejce na prysznic lub prasowanie. Była okazja, żeby spotkać się wieczorem i spokojnie pogadać. Jedna z naszych koleżanek nagminnie zapominała ręcznika i wtedy którąś z nas wysyłała do pokoju, żeby go przynieść.

Na drugim roku mieszkałam na parterze w siedmioosobowym pokoju. Zmieniły się też koleżanki, chociaż z Terenią P. mieszkałam przez cały czas studiów. Po roku zamieszkała z nami Teresa M. – najbliższa koleżanka Tereni. Powszechnie była uważana za osobę wyjątkowo zgodną i bezkonfliktową. Teresa była wielką zwolenniczką zdrowego trybu życia; preferowała ruch i świeże powietrze. Zdarzało się, że wracałyśmy do wyziębionego pokoju, w którym siedziała sama na łóżku pod kocem, pociągając zaczerwienionym nosem. Oczywiście, okno było otwarte na oścież. Nie pomagały nasze tłumaczenia, że od smrodu nikt nie umarł, a z zimna cała Armia Napoleońska. Na czwartym roku miałyśmy wspólne łóżko. Spałam na dole, a nade mną Teresa, która wykorzystywała nasze wspólne legowisko również do ćwiczenia sprawności i kondycji. Zanim się położyłam, ona ustawiała się pod przeciwległą ścianą, brała rozbieg i z impetem wskakiwała na swoje piętro. Razem z nami mieszkały wówczas dwie dziewczyny z drugiego roku. Danuta J. powszechnie nazywana Jagusią, studiowała teologię. Natomiast Hela Sz. była studentką polonistyki. Pochodziła z mego województwa, a dokładnie z przygranicznej wsi za Kuźnicą Białostocką. Po studiach obie zamieszkały w Warszawie, gdzie podjęły pracę. Byłam potem na ślubie Heli w Kuźnicy i na przyjęciu weselnym w jej rodzinnym domu. Do dziś utrzymujemy kontakt. To w tym pokoju na czwartym roku zawiesiłyśmy sobie w różnych miejscach przekorne hasła: „Częste mycie skraca życie”, „Mądrzy ludzie żyją w brudzie”, „Brudna szyja szczęściu sprzyja” i wiele podobnych. Oczywiście nie oznaczało to zaniedbywania codziennej higieny.

Na piątym roku studiów mieszkałam w pokoju trzyosobowym. Taki luksus był możliwy w ostatnich latach, ponieważ duże dziewięcioosobowe sale podzielono na mniejsze. W tym samym czasie na każdym piętrze urządzono łazienki. Nie trzeba więc już było do ubikacji lub pod prysznic schodzić do piwnicznych pomieszczeń. Razem ze mną w pokoju mieszkały dwie studentki psychologii: Teresa M. i Terenia P. Miałyśmy wspaniałe warunki do nauki, a przede wszystkim do pisania prac magisterskich. Zajmowałam cały mniejszy stół, na którym mogłam swobodnie rozkładać swoje książki, zeszyty, notatki, fiszki. Koleżanki zgodnie urzędowały przy większym stole. Do swych prac magisterskich musiały przeprowadzić mnóstwo wywiadów. Moje językoznawcze badania ograniczały się do stosu gramatycznych książek, opracowań, materiałów źródłowych i słowników. W naszym pokoju zawsze panowały spokój i cisza – elementy niezbędne do twórczej pracy naukowej. Przeważnie w niedzielę włączałyśmy radio tranzystorowe, w którym najchętniej słuchałyśmy koncertu życzeń. Radio przywiozłam z domu, a moje koleżanki Teresy na zmianę kupowały do niego baterie. Na prośbę Teresy M. zrobiłam jej na drutach białą trójkątną chustę, z której się bardzo cieszyła i z wdzięczności podarowała mi komplet serwetek kupionych w Cepelii; mam je do dziś. Nasza znajomość skończyła się wraz z ukończeniem studiów. Natomiast przetrwała przyjaźń z Terenią P., która dwukrotnie mnie odwiedziła. Po skończeniu studiów przez parę dni gościłam u niej w Mławie, gdzie podjęła swoją pierwszą pracę i mieszkała w jakimś służbowym mieszkaniu, a potem byłam na ślubie i weselu w jej rodzinnym Suchedniowie.

Nie zawsze jednak miałam w akademiku tak idealne warunki do nauki. W wieloosobowym pokoju studentka polonistyki mogła najwyżej na swym żelaznym łóżku, oparta o ścianę ze złożonym ręcznikiem kąpielowym czytać jakąś powieść z lektury. Oficjalnie zdobywaniu wiedzy służył pokój zwany uczelnią – niezwykle ascetyczne pomieszczenie, wyposażone jedynie w stoliki i krzesła. Nieograniczona jednak była pomysłowość dziewczyn, które w czasie sesji ze swymi podręcznikami, skryptami i notatkami wciskały się we wszystkie możliwe kąty. Idealnie nadawały się do tego nie tylko prysznice i miejsce do prasowania, ale też zagracone remontowane akurat schowki. Znacznie szersze możliwości miałyśmy w sesji letniej, kiedy to zawsze było dużo więcej egzaminów niż zimą. Domy akademickie znajdowały się w otoczeniu pięknego parku o nazwie Gagarinek, a w niewielkiej odległości rozciągały się pola, prawdziwa samotnia dla uczących się studentek. W plenerze poza zdobyciem wiedzy można było dodatkowo zyskać piękną opaleniznę. Młodość ma swoje prawa; umiałyśmy cieszyć się ze wszystkiego. W trudnych chwilach mogłyśmy liczyć na siostry prowadzące akademiki, a także na siebie. Pamiętam, jak zestresowane pierwszymi egzaminami, w żartach założyłyśmy w pokoju „Sesyjne Zgromadzenie Sióstr Wątpliwego Zbawienia”, a koleżankę, która akurat była w ciąży, nazywałyśmy nawet matką.

W akademiku można było oglądać telewizję w świetlicy; w podziemnej części Bloku A. Regularnie uczęszczałam tam na poniedziałkowe spektakle Teatru Telewizji. Również w świetlicy odbywały się zabawy, nie pamiętam, czy już wtedy nazywane dyskotekami. Do naszego żeńskiego akademika przychodzili nie tylko koledzy z KUL, ale również z innych lubelskich uczelni. Zawsze lubiłam tańczyć, więc nie opuszczałam takich imprez. Szczególnie zapamiętałam niezwykłą zabawę „ostatkową”, we wtorek poprzedzający Środę Popielcową. Właściwie tańczyliśmy jak zwykle; w parach lub gromadnie w kółkach. Przed północą do świetlicy wszedł ksiądz, który też z nami parę razy zatańczył, a następnie wszyscy poszliśmy na drugie piętro do kaplicy. O godzinie dwunastej w nocy kapłan, ubrany w wielkopostne fioletowe szaty liturgiczne, rozpoczął uroczystą Mszę Świętą. I mieszkanki akademika, i koledzy uczestniczyli w popielcowym obrzędzie. Nasze głowy zostały posypane popiołem, a my usłyszeliśmy tradycyjną sentencję: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Nigdy więcej nie zdarzyło mi się tak pięknie rozpocząć Wielkiego Postu. Kaplica służyła oczywiście na co dzień siostrom i studentkom, a kapelanem był w niej ojciec Anastazy – kapucyn w brązowym habicie. Na Msze Święte chodziłyśmy też często do pobliskiego kościoła, prowadzonego również przez ojców kapucynów.

W świetlicy, a może raczej w stołówce, przed świętami Bożego Narodzenia siostry zakonne dla wszystkich mieszkanek Poczekajki przygotowywały wieczerzę wigilijną. Przed wyjazdem do swoich rodzinnych domów zasiadałyśmy wspólnie przy długich, nakrytych białymi obrusami stołach, by podzielić się opłatkiem, złożyć sobie życzenia, śpiewać kolędy. Zgodnie z tradycją, były wszystkie niezbędne potrawy; śledzie, ryby, barszcz z uszkami, kapusta z grzybami, kutia, a nawet kompot z suszonych owoców. Pamiętam, jak po skończonej uroczystości każda wychodząca dziewczyna otrzymywała od sióstr zawinięte w folię duże ozdobne serce z piernika. Swoje zawiozłam do domu i powiesiłam na ścianie mego pokoju. Wisiało tak długo, aż się rozsypało. Siostry miały wiele innych miłych zwyczajów. Na Dzień Dziecka zawsze rozdawały nam lody, tłumacząc, że jesteśmy ich jedynymi dziećmi. Odczuwałyśmy to na co dzień. Siostry nie tylko troszczyły się o nasze warunki bytowe, ale też wspierały w studiowaniu. Już na początku w świetlicy akademika miałyśmy spotkanie z siostrą doc. Zofią Zdybicką, która nam – świeżo upieczonym studentkom tłumaczyła, jak uczyć się efektywnie, jak przygotować się do zaliczeń i egzaminów. Na drugim roku bez trudu, jeszcze przed terminem, na piątkę zdałam u niej główne problemy filozoficzne. Kiedy w czasie sesji poszłam z indeksem po ocenę, siostrze zawieruszyła się gdzieś karteczka z moją oceną. Spytała, czy pamiętam, co dostałam. Jakoś głupio było przyznać się do tej piątki, ale na szczęście za chwilę karteczka się znalazła.

Po obronie pracy na każdą magistrantkę mieszkającą w akademiku czekały drzwi jej pokoju pięknie udekorowane zielenią oraz oznaczone dużym, widocznym napisem. Do dziś przechowuję długi żółty pasek brystolu z wypisaną dumnie czerwonymi literami moją wizytówką: mgr Barbara Wilczewska. Na odwrocie widnieje ledwie widoczny symbol B 19 – oznaczenie mego bloku i numer pokoju, w którym mieszkałam. Natomiast na stole swego pokoju znalazłam pamiątkowe zdjęcia, przedstawiające domy akademickie na Poczekajce, wnętrze kaplicy oraz siostry prowadzące akademiki. Te odświętne i codzienne przejawy życzliwości wpływały z pewnością na zachowania mieszkanek. Wśród dojeżdżających miejską komunikacją studentek panowały sympatyczne zwyczaje. Jeśli w grupie kilka dziewczyn siedziało, a inne stały, to te siedzące brały na kolana wszystkie torby. Normalną rzeczą przy wysiadaniu z autobusu było przekazywanie swego skasowanego ulgowego biletu wsiadającemu studentowi lub studentce; najczęściej zupełnie obcej osobie. Takie proste, zwykłe gesty w oczywisty sposób jeszcze bardziej nas jednoczyły i pozytywnie wpływały na otoczenie.

Wielką przyjemnością życia w akademiku było otrzymywanie listów. Pisałam do rodziców przeważnie w wolnych chwilach między zajęciami. Przychodzące listy trafiały do przegródek specjalnej półeczki umieszczonej w kancelarii, gdzie urzędowały siostry zakonne prowadzące akademik. Korespondencję do dziewczyn z mego pokoju odbierała najczęściej ta koleżanka, która wracała najwcześniej i szła do Bloku A po klucz. Następnie przyniesione listy układała na łóżkach adresatek. Widok takiej koperty po wielogodzinnym dniu zajęć na uczelni zawsze sprawiał mi ogromną radość. Kiedyś koleżanka Terenia P. – studentka psychologii – zauważyła, że ja otwieram listy od razu, z marszu, zanim zdejmę buty i kurtkę. Ona natomiast delektowała się oczekiwaniem, wykonując wcześniej różne inne czynności. Bardziej skomplikowane było odebranie paczki, po którą trzeba było jechać autobusem MPK na wskazaną lubelską pocztę.
W moim akademiku w każdej klatce schodowej był jeden aparat telefoniczny umieszczony na półpiętrze. Zgodnie z ustaloną zasadą, w różnych dniach tygodnia telefony odbierały dziewczyny z poszczególnych pokoi, by następnie poprosić kogo trzeba. Często podnosiłam słuchawkę, kiedy nasz pokój miał dyżur. Wkrótce zorientowałam się, że jestem bardzo rozpoznawalna. Po mojej krótkiej zdawkowej informacji: „Słucham, Blok B” coraz częściej słyszałam: „Cześć Basiu”. Okazało się, że „zdradza” mnie moje kresowe przedniojęzykowozębowe ł. Sama nie kontaktowałam się z rodzicami telefonicznie, bo w moim domu nie było jeszcze wtedy aparatu.
Na Poczekajce odbywały się również spotkania studentów z mojej diecezji. Odpowiednio wcześniej rozwieszane były ogłoszenia, zapraszające „wszystkich studentów z diecezji w Białymstoku…” Nie używaliśmy aktualnej wtedy nazwy: Diecezja Wileńska, by nie narażać się ówczesnym władzom państwowym. Dopiero Ojciec Święty Jan Paweł II w czasie swojej kolejnej pielgrzymki do Ojczyzny w dniu 5 czerwca 1991 r. ogłosił w Białymstoku powołanie Archidiecezji Białostockiej. Każde takie studenckie spotkanie diecezjalne rozpoczynało się w naszej kaplicy Mszą Świętą, celebrowaną przez białostockich kapłanów – studentów, którymi wówczas byli: ks. Sławoj Leszek Głódź, ks. Stanisław Hołodok i ks. Marian Wydra. Koleżanki z innych regionów Polski przychodziły, by posłuchać ich kresowej wymowy. Po nabożeństwie zawsze mieliśmy towarzyskie spotkanie w podziemnej części akademika; w świetlicy lub stołówce. Biesiadowaliśmy, wspólnie śpiewaliśmy, a przede wszystkim rozmawialiśmy. Do najpopularniejszych piosenek należały wówczas sztandarowe przeboje wszystkich studenckich imprez: Modlitwa i Trzy miłości Okudżawy oraz obowiązkowo Gdybym miał gitarę. Na stołach mieliśmy stosy kanapek, przeróżne ciastka i ciasteczka. Przychodzili studenci KUL z różnych kierunków, pochodzący z Białostocczyzny, którzy w czasie studiów mieszkali na stancjach lub w innych akademikach, poza Poczekajką. Przy sprzątaniu było sporo śmiechu i zabawy, bo dziewczętom bardzo ofiarnie pomagali chłopcy, którzy szczególnie skrzętnie i dokładnie sprzątali ze stołów pozostałe kanapki i słodycze, oczywiście zabierając je do swoich akademików i stancji.

W następnym roku minie pół wieku od czasu, kiedy po raz pierwszy pojechałam spod Białegostoku do Lublina, zamieszkałam na Poczekajce, zaczęłam studia. Do dziś jestem przekonana, że wybrałam najlepszą Uczelnię i mieszkałam w najlepszym Akademiku, chociaż wiem, że koleżanki i koledzy na innych, państwowych uczelniach już wtedy mieli dużo lepsze warunki mieszkaniowe – akademiki droższe, ale bardziej luksusowe, studia z możliwością finansowych stypendiów. Nigdzie jednak nie było takich autorytetów i wzorców, takiego poczucia wolności, serdeczności i ciepła. W tamtych latach tylko studenci KUL łamali się z sobą i swymi profesorami opłatkiem. Poczekajka należała do tych jedynych wtedy w Polsce akademików, gdzie urządzano wieczerze wigilijne. A to piernikowe serce od sióstr symbolizowało całą atmosferę, która nas otaczała.

Barbara Wilczewska

3 komentarze

Join the conversation and post a comment.

  1. Ewa Kopacka

    Basic, Twoja opowiesc jest wprost CUDOWNA , dziekuje , dziekuje! Ja rowniez mieszkalam na Poczekajce w latach 1972- 1975 . Podpisuje sie pod kazdym szczegolem Twojej Historii: oazy KS Blachnickiego I wspaniali ludzie, miedzy innymi KS Andrzej Szostek, wowczas prowadzacy zajecia z etyki dla studentow pierwszego roku wydzialu humanistycznego. Studiowalam filologie klasyczna I wraz z przyjaciolka Ela ze Szczecina dzielilysmy pokoj z dwiema kolezankami z filologii polskiej I dwiema z psychologji. Te ostatnie, pamietam Basie, primo voto Leszczuk, pozniej moja serdeczna kolezanke, ktora cwiczyla na nas swoje umiejetnosci, dajac nam do rozwiazania trudne testy …Musztardowki – to byl standart. Pamietam jak umowilam sie do kina z kolega Lesiem z 4 -go roku filozofii przyrody I przechodzilam przez plot ( rozdzierajac przy tym nowiutki czerwony plaszczyk) I ku oburzeniu siostry Barbary, ( wspaniala , inteligentna kobieta!) kierowniczki ,probowalam dostac sie do srodka po godzine 22:00. Uratowala mnie wowczas Ela otwieraja boczne drzwi ale nastepnego dnia …Mam nadzieje przyleciec do Lublina pod koniec czerwca, na pewno sie spotkamy!

  2. Elzbieta Tracewicz

    Ciąg dalszy piosenki:

    W tym schronisku – Poczekajce
    Życie płynie nam jak w bajce.

    Wszędzie czysto, wszędzie biało
    Jakby śniegu napadało
    Ani pyłku, ani kurzu
    Takoż w gmachu i podwórzu.

    W celach czysto pobielonych
    Rzędy główek pochylonych
    Zamyślonych nad książkami,
    Zeszytami i skryptami.

    Nie zamieszka w takiej główce
    Grzeszna myśl o potańcówce
    A frywolna myśl o kinie
    Nim pojawi się, już zginie.

    Ale czasem w wielkiej ciszy
    szept namiętny da się słyszeć
    Jakaś gorączkowa mowa
    I mniej więcej takie
    słowa.

    Inne mają , my nie mamy
    Czyż na próżno tak czekamy
    Młodość szybko nam upływa
    I nadziei wciąż ubywa.

    Już Cię nie ma od miesiąca
    A ja tutaj z żalu schnąca
    Serce w piersi się trzepocze
    I nie daje spać po nocach.

    I nieszczęście by sie stało
    Gdyby dłużej tak to trwało
    I by morał wtedy zły był
    Więc do dziewcząt w końcu przybył

    Ten jedyny, ten kochany
    Ten najsłodszy, obiecanyany
    ten jedyny, wytęskniony….
    Przekaz z domu polecony!

  3. majkapietka@poczta.onet.pl

    BASIU ,KOCHANA KOLEŻANKO Z B19,
    DZIEKUJE CI, ŻE PRZYWRÓCIŁAŚ TYLE ŻYWYCH WSPOMNIEŃ ….
    I ŻE …. MOBILIZUJESZ NAS DO POWROTU DO CZASU MŁODOŚCI W ALMA MATER
    I NIEZAPOMNIANEGO ,WSPÓLNOTOWEGO ZYCIA NA POCZEKAJCE .
    JUZ TEŻ ZACZĘŁAM PISAC WSPOMNIENIA O MOJEJ PRZYGODZIE ŻYCIA W LUBLINIE…
    MOZE I INNE POCZEKAJKOWSKIE DZIEWCZYNY ZECHCĄ SIĘ DOŁĄCZYĆ ?
    ZAPRASZAMY DO WSPOMNIEŃ!
    I JUŻ SIĘ CIESZĘ NA NASZE CZERWCOWE SPOTKANIE

    MAJKA (OLEJNICZAK )PIĘTKA z B 30

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *